W dzisiejszych muzycznych czasach tak łatwo jest nazwać kogoś kultowym. Zespoły, które ledwo co nagrały debiutanckie płyty są nazywane legendarnymi i ponadczasowymi. Słowo to stało się tak powszechne, że aż pospolite. Są jednak artyści, którzy mimo, iż tworzący gdzieś na uboczu muzycznego biznesu, od lat są inspiracją dla kolejnych pokoleń muzyków. Manilla Road to grupa z niewielkiego miasta Wichita w amerykańskim stanie Kansas, która już ponad trzydzieści lat rządzi epickim metalem i na przekór rynkowym modom robi swoje i także dzięki wierności swoim ideałom zaskarbiła sobie ogromny, dozgonny szacunek tłumów. Historia zespołu jest długa i burzliwa i miejmy nadzieję, że trwać będzie jak najdłużej.

Aby zacząć rozważania o początkach kształtowania się myśli, będącej przyczynkiem do powstania Manilla Road, trzeba by cofnąć się w czasie o ładnych parędziesiąt lat, a i tak nie mielibyśmy pewności, czy faktycznie udało się nam trafić w ten czas i to miejsce. Prawdę powiedziawszy, to początków Manilli nie pamiętają pewnie najstarsi górale, choć sam Mark Shelton uparcie twierdzi, iż za rok narodzin zespołu uznać należałoby 1977, choć różne źródła podają różne informacje. Ja ufam jednak pamięci głównego zainteresowanego i rok 1977 uznaję za punkt zero. Nieprawdą i wielkim zaniedbaniem byłoby jednak stwierdzenie, że wtedy się to wszystko zaczęło. Dla poznania prawdziwej historii musimy sięgnąć ładnych parę lat wcześniej, do momentu, gdy Mark Shelton, jako pięcioletnie pacholę (choć sam twierdzi, że miał wtedy trzy lub cztery lata), zaczął pobierać pierwsze lekcje gry na pianinie prowadzone przez jego matkę – profesora muzyki, a dające solidne podstawy do dalszej, poważniejszej edukacji muzycznej. W ślad za pianinem poszły lekcje gry na gitarze, perkusji i basie, a także lekcje śpiewu. Po kilku latach nauki, młody Shelton zaczął udzielać się muzycznie w licznych projektach, od zespołów jazzowych, przez country-rockowe po prawdziwie rock’n’rollowe. Pierwszym rockowym bandem, w którym się udzielał na perkusji, była formacja Embryo, do której dołączył około roku 1973, a później Apocalypse, w którym obsługiwał gitarę. Następnymi grupami były grające country-rocka Shag Nasty i Tumbleweed. Poza tym, była także jazzowa formacja The Herd, w której nasz bohater zasiadał za zestawem perkusyjnym. Mijał rok za rokiem, lata młodzieńcze uciekały szybciej niż każdy z nas by chciał, Mark Shelton skończył szkołę średnią i poszedł na studia. Zaczął studiować antropologię i w tym samym czasie stworzył swój własny, naprawdę poważny zespół… była to oczywiście Manilla Road. Wespół z basistą Scottem Parkiem doskonalił przez pewien czas swoje umiejętności instrumentalne i kompozytorskie, choć w początkowym okresie działalności panowie grali głównie przeróbki utworów kapel, które miały największy wpływ na ich świadomość muzyczną. Mark był wtedy pod ogromnym wpływem grupy Rush, w której zachwycały go niesamowite, nieziemskie wręcz dźwięki wydobywane z gitary. Poza tym fascynowały go takie znane grupy jak: Black Sabbath, Judas Priest, Pink Floyd czy mniej znane Hawkwind, w którym grał przesławny Lemmy Kilmister oraz Wishbone Ash. Sprawa Manilla Road zaczęła się robić poważniejsza, gdy składu dopełnił w końcu stały bębniarz – szkolny kolega Marka – Rick Fisher. Nazwa zespołu oznaczać miała niejako ideę przechodzenia drogą życia, jak tłumaczy Mark, a poza tym często jeździł on autostradą w Kolorado, która nosiła nazwę… Manila Road.

Wzmocnieni kadrowo i zmobilizowani do wytężonej pracy, trzej młodzi zapaleńcy zaczęli tworzyć swoje pierwsze autorskie kompozycje, a w międzyczasie wpadli na szalony pomysł założenia własnej, niezależnej, maleńkiej wytwórni płytowej, w której mogli być panami sami dla siebie, a poza tym, lokalne wytwórnie, do których wysyłali swoje pierwsze nagrania nie wykazywały żadnego zainteresowania szerszą współpracą. To właśnie Roadster Records, jak nazwali swoje nowe królestwo, było wydawcą debiutanckiego albumu Manilla Road, który pod tytułem „Invasion” ujrzał światło dzienne w roku 1980. Ci, którzy znają i kochają Manillę za późniejsze płyty i nie słyszeli „Invasion”… mogą być w delikatnym szoku przy pierwszym kontakcie. Niektórzy twierdzą, że pierwsze dokonania Manilli to coś w stylu „space rocka”. Rzeczywiście, można by się do tej opinii przychylić. Pełno jest w tej muzyce nowoczesnych, jak na lata, w których powstawała, elementów, brzmień, efektów, które mogą kojarzyć się z kosmosem. W utworach słychać co jakiś czas elektroniczne wtręty, brzmienia rodem z komputera, które brzmią raczej jak wyjęte żywcem z automatów do gier, które święciły triumfy właśnie w latach 80-tych. Sam Mark Shelton tak wspomina prace nad płytą: „W tamtym czasie nie wiedzieliśmy, w którym kierunku zespół podąża, ani jak będzie wyglądał. Po prostu chcieliśmy grać. Cały album zrobiliśmy na 8 kanałowym stole mikserskim, bez większego przygotowania w tym kierunku. To był w zasadzie ślepy strzał w ciemno paczki małolatów, próbujących zachowywać się jak muzycy. Wierzę, że jest tu odrobina ciekawych dźwięków w „The Empire”, jednak reszta albumu jest niezbyt dobra. Kiedy jednak weźmie się pod uwagę fakt, jak młodzi wtedy byliśmy, oraz że nie mieliśmy pojęcia co robimy kiedy przyszło do nagrania, wtedy myślę, że nie było to aż tak złe.”

Po wydaniu płyty zespół zagrał trochę koncertów promocyjnych w najbliższym otoczeniu i zabrał się za tworzenie materiału na drugą płytę i EPkę. Już wtedy Markowi przestało podobać się to, jak jego zespół brzmi w studio. Przeszkadzało mu, że nie jest to prawdziwe, żywe brzmienie, jakie da się słyszeć na koncertach, za to jest dużo efektów, przetworników… sztuczności. Materiał na drugi album był praktycznie gotowy, gdy Mark zdecydował się przytargać do studia swoje piece i nagrać wszystko tak, jak w danej chwili to brzmiało. Płyta, którą dziś znamy jako wydaną wiele lat później „Mark Of The Beast” poszła na dno szuflady, jednak udostępniona kilku osobom rozeszła się po świecie jako bootleg „Dreams Of Eschaton”. Po rewolucji w studio, zarejestrowany na nowo materiał ukazał się w roku 1982 jako płyta pt. „Metal”. Muzyka zawarta na tym krążku jest już dużo bardziej dojrzała i przemyślana, choć nadal nie definiuje stylu Manilli. Jest więcej ognia, więcej energii i co najważniejsze… więcej metalu. Jest to także początek bardziej epickiego stylu, na razie nieśmiały, ale wyraźnie zauważalny, co potwierdza Mark: „Ten album zbliżył się bardziej do brzmienia Manilla Road, które słyszałem gdzieś w swojej głowie, ale po raz kolejny to nagranie także nie było zbyt dobre. Piosenki takie jak „Cage Of Mirrors” i „Metal” brzmią lepiej i są lepsze pod względem aranżacji. Nadal nie jest to mój ulubiony album Manilla Road, jednak zapoczątkował on narodziny epickiego stylu”. W 2004 roku ukazała się kompaktowa reedycja „Metal” w formie dwupłytowego wydawnictwa razem z „Invasion” dzięki Cult metal Classics. Jednak dla wielu ludzi prawdziwa historia Manilla Road zaczyna się w roku 1983. Wtedy to, na składance Shrapnel Records, zatytułowanej „US-Metal 3”, został zamieszczony utwór „Flaming Metal System”. Ta piosenka była zdecydowanie najlepszą na tej składance, a sam zespół zagrał potem koncerty razem z takimi kapelami jak Point Black, Krokus czy Ted Nugent i oczywiście zdecydował się nagrać kolejną płytę.

„Crystal Logic” z 1983 roku to jest pierwszy, prawdziwy klasyk Manilla Road, zawierający siedem wspaniałych kompozycji i jedną rockową piosenkę, nagraną tak naprawdę pod naciskiem z zewnątrz… a może po prostu dla zabawy (?). Płytę wydała również Roadster Records, a wiele lat później ponownie francuska firma Black Dragon Records. W roku 2000 ukazała się również pierwsza wersja CD tej płyty, dzięki firmie Iron Glory Records z utworem „Flaming Metal System” jako bonusem. To właśnie na „Crystal Logic” eksplodował epicki styl, który stał się znakiem rozpoznawczym kapeli. Pobrzmiewają tu jeszcze co prawda echa rock’n’rolla i hard rocka, ale dominują już typowo metalowe patenty. Kompozycje są bardzo zróżnicowane, rozbudowane i każda z nich ma jakby inny klimat. Są heavy-rockowe hiciory, jak „Necropolis”, killery w starym, hard rockowo-rock’n’rollowym stylu – „Feeling free again”, epickie, patetyczne hymny jak „Veils of negative existence” itd. Mark uznaje ten album za początek prawdziwego stylu: „Była to płyta, na której epicka idea zaczęła rosnąć i rozwijać się. Wszystkie piosenki z tej płyty, oprócz „Feeling free again”, są w zasadzie naprawdę dobre. Nasze instrumentalne umiejętności zaczęły być naprawdę coraz lepsze, a styl utworów zaczął być rozpoznawalny. Moje ulubione piosenki na tym projekcie to „Necropolis”, „Crystal Logic” i „The Veils of Negative Existence”.

Po wydaniu płyty doszło do rozłamu w zespole. Rick Fisher nie był zadowolony z kierunku muzycznego, w jakim podąża kapela. On chciał w dalszym ciągu grać rock’n’rolla i hard rocka z pierwszych lat działalności, natomiast Mark tworzył coraz bardziej metalowe, epickie i ciężkie rzeczy. W efekcie zespół pożegnał się z Rickiem, a jego miejsce za bębnami zajął niesamowity Randy „Thrasher” Foxe, który dla wielu, w tym także dla mnie, jest najlepszym bębniarzem, jaki grał kiedykolwiek w Manilla Road. Sam Randy tak wspomina okoliczności przystąpienia do zespołu w wywiadzie dla greckiego webzine’a „The Bite Magazine”: „To było dziwne. Manager Manilla Road zobaczył mnie grającego na gitarze w innym zespole. Słyszał jak mówię, że perkusja była moim głównym instrumentem, ale nie wrócę do niej, dopóki nie znajdę gitarzysty lepszego od siebie samego. Krótko później nasz zespół rozpadł się. Manager Manilla Road zaprosił mnie na próbę. W międzyczasie Mark i Scott mieli dużo prób w „The Road House” (główna siedziba Roadster Records) i kiedy dowiedzieli się o mnie, zdecydowali, że przyjdą do mojego domu i wysłuchają mnie przed próbą w studio. Grałem przez około pół minuty, kiedy mnie zatrzymali i zapytali czy potrafię zagrać na podwójnym basie. Grałem na nim piętnaście sekund, kiedy znów mnie zatrzymali i zapytali, kiedy mogę przyjść na próbę. Byłem w zespole po pierwszym wieczorze grania razem. I nareszcie znalazłem gitarzystę, który był lepszy ode mnie!” Już z Randym w składzie, zespół wydaje w 1985 roku swój czwarty album, a pierwszy pod banderą Black Dragon Records, zatytułowany „Open The Gates”. W stosunku do poprzedniej płyty, zmieniło się tu dosyć sporo także w kwestiach muzycznych. Po pierwsze brzmienie. Teraz stało się ono bardzo brudne, ciężkie i chropowate, choć wcale nie nieczytelne. Muzyka stała się jeszcze bardziej metalowa. Na „Crystal Logic” było jeszcze mimo wszystko sporo wpływów hard rocka, tutaj natomiast mamy do czynienia z całkowitą dominacją ciężkiego heavy metalu. Oprócz nowego, ciężkiego, niemal miażdżącego brzmienia gitar, słychać także bardzo wyraźnie zmianę perkusisty. Randy miał bezdyskusyjnie większe umiejętności, lepszą technikę i jakby większe wyczucie gry. Roi się tu od ciekawych zagrywek, momentami wręcz wirtuozerskich. Dzięki perkusji mam wrażenie, że muzyka również zyskała na ciężkości. Również bas jest jakby mocniejszy. Momentami ma się wrażenie, że jest na równi z gitarami, ale to tylko momenty. Jest dobrze wyeksponowany, uwypuklony i dodaje jeszcze więcej mocy i ciężaru.

Tematyka tekstów dotyczyła czasów, w których rzekomo żył Król Artur i jego rycerze, choć nie należy tego traktować jako lekcji historii: „Open The Gates” nie jest nagrane w historycznym odczuciu. Śpiewamy o różnych rzeczach na swój własny sposób. Fantazja jest tutaj chyba najważniejsza, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze przesłanie, że równowaga rzeczy, które robimy jest bardzo ważna. Im bardziej starasz się robić jedną rzecz, tym bardziej pozwalasz na odsunięcie się drugiej rzeczy, która również może być bardzo ważna dla Ciebie, ale w tym momencie możesz o tym nie wiedzieć!” – wyjaśnia w jednym z wywiadów z lat 80-tych Mark Shelton.

Płyta zdobyła ogromne uznanie krytyki i fanów metalu w wielu krajach, głównie europejskich, gdyż Stany Zjednoczone podchodziły do manillowego grania raczej bez entuzjazmu. Zrobiono wiele wywiadów z Markiem, ukazało się wiele artykułów, a sam zespół wzmocnił jeszcze bardziej swoją pozycję na scenie epickiego heavy metalu dzięki trasom koncertowym. Niestety przy okazji nagrywania tej płyty zaczęły się problemy Marka z gardłem i z głosem, które w latach późniejszych przysporzyły mu wiele zmartwień. Mark nabawił się podczas sesji nagraniowej infekcji gardła, a dodatkowy wysiłek, jakim okazała się intensywna praca, dopełnił nieszczęścia. Mark nie jest do dziś zadowolony z tej płyty głównie przez swoje wokale. Oczywiście wiemy, że wcale nie jest tak źle, a wręcz przeciwnie. Niemniej jednak nigdy później głos Marka nie był tak mocny jak przed nagraniem tego albumu, a kolejne sesje coraz bardziej osłabiały jego struny głosowe. Między innymi to właśnie z tego powodu, wiele lat później wokalistą zostanie Bryan Patrick, który już jako dzieciak, od początku lat 80-tych, pomagał zespołowi w sprawach technicznych i był bliskim przyjacielem Marka. Jako ciekawostkę warto dodać, że pierwsza, kompaktowa wersja tego albumu ukazała się na rynku w roku 1992 za sprawą Black Dragon, a w roku 2001 ponownie dzięki Dragonheart w wydaniu digipack, którą to wersję niestety posiadam.

Na kolejny studyjny krążek Manilli nie trzeba było długo czekać, bo ukazał się on już w 1986 roku i przyniósł drobne zmiany stylu, choć główne elementy zostały niezmienione. Płyta „The Deluge”, bo o niej oczywiście mowa, wniosła sporo progresywnych elementów do epickiego stylu Manilli. Utwory stały się bardziej wielowątkowe, wielowarstwowe i bardziej rozbudowane, choć nie brakuje również krótkich i szybkich killerów, jak fantastyczne „Dementia” czy „Divine Victim”. Wielu ludzi uważa tę właśnie płytę za najlepszą w dorobku Manilla Road, podobnie zresztą jak sam Mark. Wśród wszystkich utworów, na szczególną uwagę zasługuje wg mnie utwór tytułowy. To najdłuższy, najbardziej epicki i najbardziej rozbudowany kawałek. Łączy w sobie spokój i nastrojowość z ciężarem i potęgą. Genialny, monumentalny, balladowy początek, jeszcze bardziej genialne rozwinięcie, gdy zaczyna się „część właściwa”. Mark w tym utworze pokazuje słuchaczowi cały swój kunszt wokalny mimo problemów z gardłem. Paleta barw jego głosu jest tak szeroka, że aż zdumiewająca. Bez żadnych problemów przechodzi od delikatnego, słodkiego zawodzenia, do mocnego śpiewu, w którym wspaniale „podnosi” swój głos. Jak dla mnie, utwór tytułowy jest zdecydowanie najwspanialszy z całej płyty. Prawdziwie epicki hymn z łagodnym początkiem, mocnym rozwinięciem i znów spokojnym zakończeniem, w którym słyszymy także szum morskich fal. Wcale mnie to nie dziwi, bo o ile pierwsza część płyty to zwyczajnie zbiór utworów, to druga jej część jest opowieścią o potopie, zresztą taka tematyka zawsze strasznie Marka interesowała. Jak sam mówi, pociąga go wszystko to, co ukryte, niedostępne dla ludzi czy to pod wodą, czy pod powierzchnią ziemi. Wiąże się to między innymi z fascynacji najstarszą historią świata, gdy życie na Ziemi się tworzyło i ewoluowało przez wieki.

Bardzo szybko po „The Deluge” zespół miał gotowy materiał na kolejny album. Jego nagranie zajęło zaledwie nieco ponad półroku od wydania poprzedniczki i tak oto rok 1987 to rok premiery płyty „Mystification”. Ten album to kolejny krok naprzód w muzycznym rozwoju Manilla Road. Mark nie potrafi i nie widzi sensu w nagrywaniu takich samych płyt, stąd każda niemal całkowicie się od pozostałych różni, ale każda utrzymana jest w charakterystycznym, manillowym stylu. „Mystification” to doskonale znany heavy metal, zagrany trochę na thrashowo, z większą niż dotychczas mocą, ciężarem i jeszcze bardziej techniczny niż dotychczas. Można by pomyśleć, że niektóre zagrywki gitarowe mają w sobie coś z progresywnego metalu, choć nazwanie tej płyty progresywną, byłoby z pewnością nadużyciem. Po prostu momentami słychać delikatne, progresywne zapędy w grze Marka Sheltona, które próbował nieśmiało przemycić już na poprzednim krążku. Nigdy wcześniej jednak żadna płyta Manilli nie miała takiego ciężaru i tak skomplikowanych partii gitarowych. Wystarczy wsłuchać się dobrze w gitary w „Haunted Palace”. Riffy są tak nietypowe, niebanalne i niekonwencjonalne jak nigdy dotąd, stąd skojarzenia z progresywnym graniem.

Jeśli chodzi o warstwę liryczną, to tym razem Mark postanowił wziąć „na warsztat” twórczość Edgara Allana Poe. Tematyka z jego literackich dzieł doskonale wpasowała się w muzykę, którą skomponował. Jest tajemniczo, groźnie i dość ponuro, gdyż taki jest właśnie pisarski styl pisarza. Również okładka wyróżnia się ze wszystkich i zawiera pewne elementy, które mogą się również w jakimś stopniu kojarzyć z warstwą liryczną krążka. W 2000 roku, za sprawą wytwórni Sentinel Steel, ukazała się kompaktowa reedycja płyty z całkowicie nową okładką, która jednak nie może się równać z oryginalną. Niewątpliwie płyta „Mystification” wnosi wiele nowych elementów do muzyki Manilla Road i jest odświeżeniem dotychczasowego stylu. Jeszcze nigdy ta muzyka nie była tak skomplikowana, ciężka i techniczna. Nigdy wcześniej zespół nie był tak blisko thrashu… za to będzie później. Płyta była kolejnym sukcesem kapeli i w ramach promocji panowie pojechali w trasę po Ameryce u boku Liege Lord. To właśnie na tej trasie zarejestrowano materiał na pierwszą i jak na razie jedyną koncertową płytę Manilla Road.

Premiera „Roadkill” miała miejsce w roku 1987, a jej wydawcą była oczywiście Black Dragon, która przy okazji zrobiło niezły cyrk, kombinując przy ostatecznym kształcie płyty. Jak przy każdej okazji powtarza Mark, Manilla Road od zawsze była zespołem klubowym i nieduże, kameralne koncerty najbardziej mu odpowiadały. Podczas trasy, na której zarejestrowano materiał na album koncertowy, Manilla zagrała w sumie dwa duże koncerty – jeden dla około dwóch tysięcy widzów, a drugi dla niemal jedenastu tysięcy. To jednak nie zadowalało wytwórni, która wpadła na „genialny” pomysł, żeby w studio dodać sztuczną publiczność, aby efekt przypominał ogromny, stadionowy koncert. Nie od dziś wiadomo, że takie zabiegi nigdy zespołom na dobre nie wychodzą, chociaż sama Manilla oczywiście zagrała bez zarzutu, a Mark twierdzi, że tak właśnie brzmi na żywo, ze wszystkimi potknięciami i pomyłkami. Ja, mimo iż osobiście nie lubię albumów koncertowych i uważam je za niepotrzebne wyciąganie od fanów kasy, lubię „Roadkill” i sądzę, że mimo popisów, jakie ogólnie dawała wytwórnia, Manilla stanęła na wysokości zadania i album ujmy jej nie przynosi. Wykonania koncertowe wręcz porywają i pokazują, że na żywo zespół wypada wręcz rewelacyjnie. Doskonale dobrano repertuar, mimo braku jakiegokolwiek kawałka z „Crystal Logic”. Znalazła się tu kapitalna, metalowa wersja chociażby „Far Side Of The Sun” z pierwszej płyty, a dominują utwory z trzech poprzednich krążków. Warto przy okazji wspomnieć, że Black Dragon zrobiło też coś pożytecznego, bo pierwsze wydanie kompaktowe albumu zawierało dodatkowo niemal cały album „The Deluge” jako bonus. W roku 2005 natomiast ukazała się reedycja greckiej Cult Metal Classics, oddziału Sonic Age Records, jako album dwupłytowy razem z „Out Of The Abyss”.

Ten ostatni jest kolejnym w dyskografii Manilli albumem studyjnym i ukazał się w roku 1988, wywołując od razu ogromne kontrowersje. Pierwsze próby wprowadzenia elementów thrashowych zauważało się bardzo wyraźnie już na „Mystification”, ale muzyka, która znalazła się na „Out Of The Abyss” to przede wszystkim thrash metal plus trochę starego, epickiego heavy metalu, do którego wszyscy się przyzwyczaili. Nic dziwnego, że sporo wiernych fanów poczuło się oszukanych i zawiedzionych. Część z nich całkowicie odwróciła się od zespołu, inni zacisnęli zęby i postanowili przetrwać okres wydziwiania ich ukochanego zespołu. Jak wiemy, nieprędko to nastąpiło, ale o tym za chwilę. Nowa płyta została przez krytykę niemal zbojkotowana, a na koncertach dochodziło do sytuacji, że podczas grania utworów z tej płyty dało się słyszeć gwizdy i obelżywe słownictwo, natomiast publika wpadała w totalny amok przy dźwiękach starych, sprawdzonych kawałków. Ja osobiście uważam, że tragedii na tej płycie nie ma, a tak naprawdę większość krytykujących tę pozycję po prostu nie potrafiła zrozumieć zmiany stylistycznej, jakiej zespół się poddał, bo same utwory to nadal ogromny kunszt kompozytorski Marka, nadal świetna technika, świetne riffy, sporo dobrych melodii, jednak trochę mniej tej magii, która aż kipiała z poprzednich albumów. Kilka kawałków to po prostu szybkie łupanki w starym, „kopalnianym” thrashowym stylu, ale nie brakuje epickich patentów, chociażby w najlepszym moim zdaniem na krążku „Return Of The Old Ones” czy w „Rites Of Blood”. Takich momentów jest dużo więcej i nadal jest to ta sama, kochana Manilla, która po prostu zrobiła krok do przodu. Mark twierdzi, że ta drastyczna zmiana była wynikiem jego fascynacji sceną thrashmetalową i nowymi trendami. Wokoło rządził w tym czasie thrash metal, pełno było takich kapel także w sąsiedztwie Wichita i w samym rodzinnym mieście Manilli, więc siłą rzeczy thrash-mania udzieliła się także naszym bohaterom. Jest dużo szybciej, ciężej, agresywniej, co słychać nie tylko w zabójczych riffach, ale także w nieco innych wokalach Marka. Więcej jest tu krzyku niż charakterystycznego, nosowego śpiewu, choć ten też się pojawia. Poza tym w paru momentach Mark wchodzi w naprawdę wysokie rejestry, sięgając niemal falsetu, a wszystko przez problemy gardłowe, które prawdopodobnie do końca życia już go nie opuszczą.

Jeśli chodzi o warstwę tekstową, to mamy tu kontynuację tematyki horrorowej, jaka dominowała na „Mystification”, tylko tym razem Mark wziął na warsztat twórczość innego wielkiego literata – Howarda Phillipsa Lovecrafta, znanego najbardziej za opowieści o Cthulu, oraz twórczość ojca postaci słynnego ConanaRoberta E. Howarda, który jest ulubionym pisarzem Marka.

Mimo ogólnej krytyki i niezadowolenia fanów, album sprzedawał się w Stanach Zjednoczonych ponoć najlepiej ze wszystkich dotychczasowych wydawnictw Manilli, a to dzięki podpisaniu umowy z firmą Leviathan Records, należącą do Davida T. Chastaina, która zajęła się dystrybucją płyty. Mimo sukcesu komercyjnego, zespół nie był zadowolony z faktu, że fani chłodno przyjęli ich najnowsze dzieło. Chcąc wynagrodzić im wystawienie ich zaufania na próbę, muzycy ostro pracują przez dwa kolejne lata nad nowym materiałem, który ostatecznie ukazuje się w roku 1990. Niestety Manilla Road wpadła z deszczu pod rynnę, a płyta „The Courts Of Chaos” wywołała jeszcze więcej kontrowersji niż jej poprzedniczka. Wszystko za sprawą Randy’ego, który postanowił, że od tego momentu już nigdy nie będzie nagrywał żywych bębnów na płyty, a zajmie się tylko programowaniem automatu. Jak powiedział tak zrobił i perkusja na płycie to całkowicie zautomatyzowane, sztuczne dźwięki maszyny. Co prawda wszystkie partie samplowane Randy bez problemu odgrywał na koncertach, obsługując jednocześnie jedną ręką klawisze, które także sam nagrał na płytę. No właśnie, kolejnym novum jest szersze zastosowanie klawiszy. Co prawda nie pierwszy raz się one pojawiają, ale wcześniej partie klawiszowe wykorzystywane były tylko w niewielkich fragmentach, jako przerywniki lub intra. Tutaj klawisze pojawiają się gęsto w samych utworach, jako uzupełnienie gitar i basu, tworzące ten „mroczny” klimat. Na szczęście nie są nachalne i stanowią jedynie ciekawe urozmaicenie i dodatek, choć dla wielu to i tak za dużo.

Ta płyta okazała się historyczną, bo po jej wydaniu Manilla Road umarła śmiercią naturalną. Niestety w trakcie sesji nagraniowej dochodziło ciągle do dziwnych, nieprzyjemnych sytuacji między Randym Foxem i Scottem Parkiem. Byli ze sobą tak bardzo skłóceni, że utrudniało to jakąkolwiek pracę nad albumem i jego nagrywanie. Obaj panowie w ogóle się do siebie nie odzywali i żaden nie chciał przebywać w towarzystwie tego drugiego. W studiu nagraniowym każdy nagrywał swoje partie osobno i broń Boże, żeby w tym samym czasie obaj znaleźli się w studiu, wtedy mogło dojść nawet do tragedii. Panowie Randy i Scott chyba już nigdy się nie pogodzili, a praca w takich warunkach była niemożliwa, dlatego też po nagraniu „The Courts Of Chaos” Manila Road... przestała istnieć.

O samej muzyce zawartej na ostatnim albumie nagranym w klasycznym składzie nie można powiedzieć nic złego. Płyta jest bardzo dobra, a muzyka łączy stary, epicki styl Manilli z elementami thrashu. Wydaje mi się, że więcej jest jednak starej, dobrej, epickiej Manilli, choć trudno to jednoznacznie stwierdzić, gdyż krążek jest zróżnicowany muzycznie i kompozycyjnie. Po raz pierwszy i jak dotychczas ostatni w historii zespołu znalazł się na płycie cover. Chodzi o utwór „D.O.A.” z repertuaru grupy Bloodrock. W warstwie lirycznej mamy kontynuację klimatów Lovecrafta i Howarda, których Mark szczególnie sobie upodobał. Nadal są to świetne teksty, które pokazują, że mimo fatalnej atmosfery wewnątrz zespołu Mark potrafi się zmobilizować i zrobić to, co do niego należy najlepiej jak potrafi.

Jak wspomniałem, po wydaniu tej płyty zespół na wiele lat przestał istnieć, jednak wszystkich w osłupienie wprawił fakt, że dwa lata po wydaniu tego albumu ukazał się… kolejny. O co chodzi? Manilla nie istnieje, a na rynku ukazuje się zupełnie nowe wydawnictwo z logo zespołu i z zupełnie nową muzyką? Wszystko za sprawą kolejnego „wyczynu” wspaniałej wytwórni Black Dragon, która bez wiedzy i zgody Marka Sheltona postanowiła wydać płytę projektu, w który Mark się zaangażował pod nazwą… Manilla Road. Chodzi o to, że po rozpadzie macierzystego zespołu, Mark zebrał się z dwójką innych muzyków – Aaronem Brownem i Andrew Crossem  by stworzyć całkiem nowy projekt, który nazwali The Circus Maximus. Każdy z nich skomponował po kilka utworów, które zebrali w pełny album i wydali w wytwórni Black Dragon. Ta, nie mogąc się zapewne pogodzić z faktem, że stracili Manillę, potajemnie wydała nowy projekt Marka właśnie pod nazwą Manilla Road, a płycie nadała tytuł „The Circus Maximus”. Krążek ukazał się w roku 1992 i w sumie nie ma nic wspólnego z dotychczasową działalnością Manilli, poza faktem, że są tu trzy utwory Marka, będące jednocześnie najlepszymi na krążku. Ja osobiście nie traktuję go jako prawowitego albumu Manilli, bo i za taki nie uważa go Shelton. Fakt faktem, po tym wydawnictwie Mark całkowicie niemal zniknął ze sceny, założył rodzinę i pędził spokojny żywot, ale to tylko pozory, wszak to niespokojny duch i bezczynnie siedzieć nie lubi, więc historia toczyła się powolutku do przodu. Mark grywał cały czas, zachęcając i zapraszając do tego także Randy’ego. Na basie grywał Harvey Patrick – brat Bryana, menadżera zespołu, jednak ten po kilku latach poświęcił się bardziej rodzinie.

Zainteresowanie Manillą wzrosło w późnych latach 90-tych. Zespół wywarł wielki wpływ na wiele młodych zespołów, zainspirowanych ich muzyką. W wielu pismach pisano, że Manilla Road byłą najlepszym metalowym zespołem jaki istniał, jednak nikt w Europie nie wiedział, że Mark Shelton nadal pracuje z nowymi ludźmi, z którymi założył nowy projekt - Shark i że Manilla Road nadal żyje w jego myślach i w sercu. Kilka firm było zainteresowanych ponownym wydaniem klasycznych albumów Manilli. Firma Black Dragon przestała w międzyczasie istnieć, przed śmiercią podkładając zespołowi kolejną świnię, w postaci albumu „The Best Of – Live By The Sword”, wydanego prawdopodobnie w roku 1998. Po raz kolejny zrobili to bez wiedzy i zgody muzyków, a do tego w tak fatalnej jakości, że nie można go traktowac inaczej niż jako bootleg. Pierwszym prawdziwie zremasterowanym wydawnictwem było wspomniane już „Crystal Logic”, wydane przez Iron Glory Records. Wkrótce płyta otrzymała wiele bardzo dobrych recenzji w większości europejskich pism i wtedy coś się wydarzyło... W czerwcu 2000 Manilla Road powróciła do grania. Mark z dwoma nowymi muzykami – basistą Markiem Andersonem i perkusistą Troyem Olsonem (Randy Foxe wycofał się w ostatniej chwili, stawiając zespół w trudnej sytuacji) wystąpił na Bang Your Head Festiwal w niemieckim Balingen. Sukces był na tyle wielki, że zespół został zaproszony na festiwal Wacken Open Air w 2001 roku.

Zanim to jednak nastąpiło, Manilla Road powróciła także do nagrywania płyt i w roku 2001 ukazał się pierwszy po wielu latach krążek, zatytułowany „Atlantis Rising” wydany przez Iron Glory Records, na którym wystąpił także Bryan „Hellroadie” Patrick, menadżer i wielki przyjaciel Marka. Bryan wspomagał lidera wokalnie i stworzył partie bębnów na płytę. Początkowo krążek miał się ukazać jako dzieło zespołu Shark, jednak ostatecznie stało się tak, jak się stało. Płyta udowodniła, że Manilla Road nie jest żadnym „zabytkiem” lat 80-tych, ale silną, niezwykłą i bardzo kreatywną grupą, która nadal bije na głowę wszystkie tzw. „true metalowe kapele”.

„Atlantis Rising” można nazwać swoistą kontynuacją „The Deluge”, bo ponownie mamy opowieść o potopie i wszystkim, co z tym związane. We wkładce do płyty Mark ciekawie całą historię opisał, dlatego każdy może wczuć się w klimat tego albumu, nie tylko dzięki tekstom, które po raz kolejny pokazują ogromny jego kunszt. Muzycznie mamy tu mnóstwo dobrego, epickiego heavy metalu, oraz kilka fantastycznych, akustycznych momentów, w których słychać, że Shelton, mimo upływu lat i problemów z gardłem, ciągle ma w głosie moc i tę samą magię, którą czarował w latach 80-tych.

Płyta okazała się sporym sukcesem muzycznym i komercyjnym, a zespół zyskał całe rzesze nowych fanów, także bardzo młodych. Wspomniany wcześniej występ na Wacken Open Air bardzo się do tego przyczynił z pewnością, a zespół mógł być spokojny, że powrót

nie był złym pomysłem i że ciągle ludzie potrzebują muzyki Manila Road.

Zdopingowani tym faktem Shelton i spółka już rok później wypuszczają na rynek kolejny studyjny album, ponownie wydany przez Iron Glory, zatytułowany „Spiral Castle”, który mocno się od poprzedniego różni i nie zachwyca już tak bardzo. Płyta jest bardziej ponura, mroczniejsza i mniej chwytliwa. Brzmienie także jest bardziej suche, brudne i niedopieszczone. W ciekawy sposób zastosowano chociażby skrzypce czy inne, niemetalowe instrumentarium. Sporo jest długich, gitarowych pasaży, improwizacji i sporo elementów orientalnych, które z założenia miały muzykę urozmaicić, a w niektórych momentach po prostu drażnią. Mimo to, jest to bardzo dobry album, który wzmocnił jeszcze bardziej pozycję zespołu na metalowej scenie, choć ten nigdy nie musiał tego robić, bo od zawsze niemal traktowany jest przez fanów po królewsku, a przez inne zespoły z ogromnym szacunkiem.

Niemal jednocześnie ze „Spiral Castle” ukazał się kolejny album w roku 2002, który był już w niniejszym opracowaniu wspominany. Chodzi o nagrany w 1981 roku materiał, którego nigdy nie wydano, a który przez lata leżał gdzieś na dnie szuflady u Marka. Firma Monster Records zdecydowała się go zremasterować i wydać jako pełny album pod nazwą „Mark Of The Beast” ze świetną, zupełnie inną od wszystkich okładką, jakiej Manilla nigdy nie miała. Część z utworów, które znalazły się na tej płycie, znamy już z krążącego po świecie bootlegu „Dreams Of Eschaton” i znalazły się wśród nich takie przebojowe kawałki jak „Aftershock” czy balladowy „Venusian Sea”. Dziwne, że Mark nie zdecydował się wydać tego w czasie, gdy materiał został nagrany, bo wcale nie jest tak zły, jak sam twierdzi. Podejrzewam, że szukał on dziury w całym, a jako perfekcjonista chciał zrobić coś jeszcze lepszego, choć i tak ten materiał to kawał porządnej muzyki. Dużo hard rocka, wpływy space rocka z początków działalności i wyraźne ciągoty w stronę metalu. Chwała Monster Records za to, że zdecydowała się na taki krok, bo w innym razie nie poznalibyśmy świetnej muzyki, która pokrywała się kurzem, zamiast święcić tryumfy i pracować na kultową pozycję Manilli przez lata.

Po wydaniu obu albumów, Manilla ucichła na kilka lat nie wydając nic aż do roku 2005, kiedy to ukazał się potężny album „Gates Of Fire”. Długi czas oczekiwania na płytę był spowodowany między innymi rozwodem Marka i wszelkimi przykrymi sprawami z tym związanymi. Doszło do sytuacji, że Shelton musiał walczyć o swoje studio nagraniowe i prawo do opieki nad dziećmi. Kiedy ostatecznie uporał się ze wszystkim, mógł spokojnie zająć się komponowaniem. Mimo problemów jednak zespół nie próżnował i ciągle koncertował, a Mark non stop komponował nowy materiał. W roku 2004 odbyła się druga edycja popularnego niemieckiego festiwalu Keep It True, na który zapraszane są zapomniane, legendarne zespoły, które wiele lat temu tworzyły historię. Koncert okazał się ogromnym sukcesem, a nagrania video z tego festiwalu wydano ponoć na DVD. W Internecie znaleźć można kilka utworów z tego koncertu w wersji video. W ślad za tym koncertem pojawiły się inne propozycje i Manilla Road stała się coraz bardziej rozpoznawalna także w innych krajach europejskich.

Wspomnieć należy, że wszystkie te występy, jak i nowy album, robione były już w odmienionym składzie. Na basie grał ponownie brat Bryana Patricka – Harvey, a za bębnami zasiadł młodziutki Cory „Hardcore” Christner, syn Darla - przyjaciela Marka. To on szepnął Markowi słówko, że jego syn jest dobrym bębniarzem i gra w jakiejś kapeli. Kiedy go usłyszeli, od razu zdecydowali, że musi grać w Manilli. To bardzo utalentowany muzyk, który bez problemu potrafi idealnie odegrać wszystkie partie Ricka Fishera i Randy’ego Foxe’a.

Wzmocniony takimi muzykami Mark skomponował doskonały materiał, który pokazywał nowe oblicze zespołu. Więcej jest tu progresji i rozbudowanych partii instrumentalnych, które niektórym trudno jest jednak zaakceptować. Poza tym zarzucano Markowi kiepską produkcję płyty i fatalne brzmienie. Fakt jest taki, że Manilla Road zawsze brzmiała barbarzyńsko, archaicznie i surowo, a ta płyta jest wypadkową tego wszystkiego, co przez lata działo się na wcześniejszych płytach. Cała „przygoda” pod tytułem „Gates Of Fire” to dziewięć utworów, składających się na trzy koncepty, a każdy z nich zawiera trzy utwory, które składają się w jedną, ponad 72 – minutową epicką opowieść. Ta płyta to swoista sentymentalna podróż w przeszłość. Co i rusz słychać w poszczególnych utworach różne motywy muzyczne z wcześniejszych płyt.

Warto wspomnieć, że autorką świetnej okładki do „Gates Of Fire” jest polska artystka Jowita Kamińska, która ma na swoim koncie okładki innych, wielkich zespołów, takich jak chociażby Exodus czy Attacker. Obraz jest inny niż wszystkie dotychczasowe i doskonale ilustruje opowiadane w tekstach historie. W 2007 roku ukazały się wersje winylowe albumu na czerwonych i niebieskich winylach, a w dalszej kolejności na żółtych. Wydawcą tych limitowanych edycji była firma High Roller Records.

Po wydaniu płyty zespół znów zrobił sobie kilkuletnią przerwę od nagrywania, ale oczywiście nie leniuchował. Odbyło się wiele koncertów w Europie, dzięki czemu nazwa Manilla Road trafiła do jeszcze większej rzeszy fanów. Kariera toczyła się swoim tempem i wyglądało na to, że nic złego już się nie wydarzy. Niestety z występów z zespołem zrezygnował Hellroadie. Postanowił on wreszcie sformalizować swój wieloletni związek z kobietą, z którą miał dzieci i zająć się rodziną, co kolidowało niejako ze stylem życia rockmana. W tej sytuacji Mark został bez wsparcia wokalnego i zmuszony był na kolejnej płycie zaśpiewać sam, co mogło wzbudzić pewne obawy ze względu na jego problemy z gardłem, ale z drugiej strony wywołało zadowolenie, że po latach znowu usłyszymy tylko jego głos i jaki on by nie był, będzie fantastyczny. W tak zwanym międzyczasie na rynku ukazała się płyta, która jest hołdem złożonym Manilli. Krążek zatytułowany „The Riddle masters – a Tribute To Manilla Road” miał swoją premierę w roku 2007 i zawierał świetne wersje klasycznych kawałków Manilli w wykonaniu takich kapel, jak chociażby portugalski Ironsword, grecki Battleroar, niemiecki Solemnity czy polski Crystal Viper i kilkunastu innych z krajów takich jak Brazylia, Chile czy Puerto Rico. Nie każdy zespół, nawet zasłużony dla muzyki, może doczekać się hołdu złożonego przez ludzi, którzy nie kryją się ze swoimi fascynacjami. Zaszczyt, jaki spotkał Manilla Road świadczy o tym, że zespół ten wywarł duży wpływ na rozwój gatunku zwanego epickim heavy metalem. Większość z grup, jakie wzięły udział w tym przedsięwzięciu otwarcie mówi, iż Manilla Road była jedną z przyczyn, dla których zaczęły tworzyć własną muzykę, a to tylko wierzchołek góry lodowej.

Warto dodać, że nie tylko heavymetalowa scena darzy Manillę wyjątkowym uznaniem i przyznaje się do fascynacji. Wystarczy przykładowo wspomnieć o słynnej, blackmetalowej formacji, która w utworze zatytułowanym „Raised on Rock”, pochodzącym z płyty „F.O.A.D.” ozwała się tymi oto słowy: „I’ve made my own code, sold my soul to Manilla Road” i nie jest to ich pierwszy hymn pochwalny dla naszych Bożków. Pochodzący z płyty “Total Death” utwór „Earth's Last Picture” rozpoczyna się słowami: “We sail the seas of negativity,To banish kindness from this place” – prawda, że znajome? Takich przykładów możnaby podać wiele, ale tak na dobrą sprawę, to cała dzisiejsza europejska scena epicka to jeden wielki hołd złożony Manilla Road.

Także fani zespołu należą do jednych z najbardziej oddanych i wiernych zespołowi, porównywalnych do fanów Manowar, choć może nie tak zaślepionych. Dość wspomnieć, że na europejskie koncerty przyjeżdżają z najdalszych zakątków świata, by móc zobaczyć ich na żywo. Bardziej odważni przyozdabiają swoje auta grafikami związanymi z Manilla Road, a prawdziwi maniacy zdobią także swoje ciała tatuażami przedstawiającymi obrazy z poszczególnych okładek płyt, bądź logo zespołu i inne związane z nim motywy. Sam w najbliższej przyszłości planuję sobie taki tatuaż wykonać. Nic dziwnego, że mając takich fanów Mark Shelton czuje się silny i niezwyciężony, a pokłady drzemiących w nim pomysłów na kolejne albumy zdają się być studnią bez dna.

Nowy i ostatni jak dotychczas studyjny album ukazał się w lutym 2008 roku i po raz kolejny (jakież to przewidywalne, prawda?) pokazał, kto rządzi w epickim metalu. „Voyager” to potężny, epicki, monumentalny album, w którym nie ma praktycznie słabych momentów. Od razu pragnę wspomnieć, że zaraz po nagraniu partii gitary basowej, z powodów rodzinnych zespół postanowił opuścić Harvey, a jego miejsce bardzo szybko zajął Vince Goleman, który występował w zespole The Grunge. Na nowej płycie mamy koncept, autorstwa Marka, opowiadający historię grupy Wikingów, podróżujących po bezkresnych morzach, wygnanych z rodzinnych stron, bo nie przyjmując nowej wiary – uznanych za innowierców i intruzów. Cała historia Holgara i jego kompanów opisana jest dokładnie we wkładce do płyty, więc warto się z nią zapoznać. Cała wkładka zrobiona niezwykle starannie i pięknie, okładka niezła, zawierająca nawiązania do starych płyt, ale mimo wszystko mogła być lepsza. Muzycznie mamy tu sporo nawiązań do „Mystification” i „Spiral Castle”.

Jak zawsze Mark zaserwował nam ucztę wręcz królewską. Bogactwo riffów, solówek, przeróżnych wstawek i dziwnych zagrywek jest imponujące. Nie od dziś wiadomo, że człowiek ten jest wirtuozem swojego instrumentu i wirtuozem epickiego klimatu. Potrafi łączyć brutalność z delikatnością, agresję z melodią, a przy tym robi to z takim wyczuciem i smakiem, że nie ma mowy o niespójności stylistycznej. Oprócz gitary elektrycznej, Mark zagrał na gitarach akustycznych i klawiszach stylizowanych na organy. Doskonały popis gry akustycznej dał w jednym z najlepszych na płycie kawałków „Tree Of Life”. Doskonały nastrój i genialna melodia – majstersztyk i jeden z najlepszych akustycznych kawałków Manilla Road w ogóle! Płyta jest po prostu kapitalna i śmiało można zaliczyć ją do najlepszych w dorobku zespołu. Po jej wydaniu kapela ruszyła w świat, by promować swoje najnowsze dziecko. Mark i spółka zagrali już sporo koncertów w Europie, między innymi we Włoszech czy w Grecji, a także w Niemczech, na jedenastej edycji wspominanego już festiwalu Keep It True, u boku takich legend jak Omen, Helstar  czy Jag Panzer.

Jak widać, zespół wcale nie zamierza odchodzić na „emeryturę” pomimo zaawansowanego wieku swego lidera. I chyba nikt tego od kapeli nie oczekuje, bo jak pokazują kolejne albumy, nazwa Manilla Road jest ciągle darzona ogromnym uznaniem i szacunkiem, czego najlepszym dowodem płyta nagrana w hołdzie. Cieszy też fakt, że po muzykę kapeli sięgają coraz młodsi słuchacze, a propozycji koncertowych jest coraz więcej. Nam, Polakom do szczęścia brakuje tylko koncertu naszych bohaterów na polskiej ziemi. Czy dane nam będzie dostąpić tego zaszczytu? Mam nadzieję, że tak, bo czuję, że dzieje Manilla Road niejedną jeszcze kartę w historii metalu zapiszą.

 

Autor: Paweł „Atreju” Kowalewski

Tłumaczenia wywiadów z niemieckich edycji Metal Hammer i z greckiego webzine’a dzięki uprzejmości Michała Martyniaka.

 

Artykuł ukazał się w piśmie "Pure Metal Magazyn" nr 2(15) czerwiec 2008.

 

Kopiowanie i publikowanie powyższego tekstu bez zgody, lub wskazania autora ZABRONIONE.